O polskiej energetyce w kontekście Grecji

Dzisiaj prawnik jest ważniejszy od inżyniera, jeszcze wyżej znajduje się finansista, a potem w zależności od potrzeby – polityk. Współczesny świat dawno odszedł od prostych i zrozumiałych reguł, które można opisać równaniami matematycznymi i oparł się na mętnych analizach i opracowaniach, przy których każdy inżynier odpada w przedbiegach. Emocjonujemy się końcem czerwca i możliwością upadku ekonomicznego Grecji, a więc i być może powrotem do drachmy, a nawet, jak słyszymy od rodzimych polityków, koniecznością zabierania ze sobą na wakacje gotówki w portfelu. Utyskując na Greków nie powinniśmy zapominać, że być może ich politycy fałszowali statystyki, jednak teraz cenę za to płacą zwykli ludzie (największa ilość godzin pracy w Europie to teraz właśnie Grecja – Polska jest na drugim miejscu). Patrząc natomiast na greckie protesty i narastającą frustrację warto sobie uzmysłowić co stoi pomiędzy wierszami narzekania na greckie długi.

W momencie kiedy wybuchł problem (kryzys finansowy 2009 i zwiększony koszt obsługi kredytów, które niezmiernie łatwo było zaciągać będąc w strefie Euro), Grecja była zadłużona na około 150 mld Euro i już wtedy finansowo padła. Po latach programów pomocowych i hojnego ratunkowego wsparcia Europy, dziś Grecja jest zadłużona na… 320 mld Euro (a więc będąc inżynierem, a nie finansistą wiadomo co myśleć o ich możliwościach spłaty długów). Kluczem jest jednak informacja miedzy wierszami- mianowicie- kto pożyczał?

O ile na początku w grecki problem były umoczone przede wszystkim banki komercyjne (niemieckie na ok 30 mld Euro, a francuskie na 60 mld Euro) to teraz zaangażowanie banków komercyjnych spadło do zera. Cały program ratowania Grecji prowadzono pod hasłem, że zagrożone nie są same Ateny i ludzie na wyspach (to bardziej PR-owo), ale że bankructwo może rozlać się falą na niemieckie i francuskie banki i spowodować problem w realnych aktywach. Stąd więc wielki program pomocowy i kolejne miliardowe transze kredytów, które doprowadziły do tego, że dziś Europa ma w greckim długu dwa razy więcej, tyle tylko, że w organizacjach quasi-państwowych. Teraz bowiem wierzytelności ma w mniejszym stopniu Międzynarodowy Fundusz Walutowy– 30 mld Euro, trochę państw europejskich bezpośrednio pożyczających gotówkę, ale głównie, jest to Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej. To dość specyficzny twór, który nie jest ani bankiem, ani funduszem sensu stricte (nie ma swoich assetów), ale za to jest własnością państwową – Niemców (29 %) , Francji (21 %), Włoch (19 %) i innych, a opiera się na gwarancjach i papierowych podpisach, a nie na żadnych realnych pieniądzach. Tak więc to co było w 2009 realnym długiem i gotówką w komercyjnym banku, zamieniło się dziś na dwa razy więcej, ale w wirtualnych papierach z gwarancjami rządowymi – czyli już czysto publiczne pieniądze. Zaczynam trochę rozumieć zwykłych Greków – tych co mają pracę i pracują na okrągło, tych co pracę stracili i nawet tych co lubią długo pić poranną kawę, bo po latach pomocy budzą się z długiem już definitywnie nie do spłacenia i coraz twardszymi negocjacjami ze strony europejskich partnerów, którzy już z własnej kieszeni nic nie wyłożą. Warto więc uważać na przykłady europejskiej solidarności i przede wszystkim pilnować rodzimych polityków – za długi odpowiadać będą zawsze zwykli obywatele.

Czego można od Greków nauczyć się polska energetyka? Chyba tylko dużej ilości przestróg na przyszłość. Polityka europejska jak każda polityka jest brutalna i bezwzględna i dyktowana przez tych co maja realna siłę. Energetyczne europejskie regulacje będą szły w kierunku wypadkowej interesów niemieckich, francuskich i kilku innych europejskich państw, a na pewno nie będą miały sentymentów do polskich problemów i do polskich kosztów. Greccy politycy nie patrzyli w przyszłość i łatwo było im podpisywać europejskie porozumienia, a co dziwne (choć pewnie i nie), wielcy europejscy politycy łatwo to akceptowali, mimo, że wiedzieli, iż statystyki są nieprawdziwe. Łatwo więc lokalnym politykom dostawać benefity i być akceptowanym, jeśli podpisuje się porozumienia, które dokładnie wpisują się w nurt głównej polityki i nie powodują chwilowych problemów. I wreszcie, niestety jeszcze raz dowiedzieliśmy się, że we wspólnej Europie najważniejsze są interesy gospodarcze i to nie całości wspólnoty, ale jedynie dedykowanych krajów. Nasza energetyka oparta na węglu to poza kilkoma elektrowniami wciąż spółki polskie, a więc klęska węgla nie jest jakimś wielkim gospodarczym problemem Europy.

Nikt nie będzie nas bronił jeśli kolejne MSR-y lub inne postanowienia, będą pogarszały sytuację koncernów energetycznych. Już dziś dostajemy dobre rady, że zawsze naszą brudną energię (która nie zawsze jest tak samo brudna za granicą) trzeba zastąpić europejskim rynkiem … z importem OZE z sąsiednich krajów lub kosztowną budową źródeł wg importowanych technologii lub zasilanych nowym, importowanym gazem. Nikt nie mówi, że nie trzeba się modernizować i bronić do upadłego węgla, ale też trzeba być świadomym tego, że nikt w Europie nie daje nic za darmo, a Grecy z rodzimą drachmą będą dla nas przestrogą. Próbujmy więc może uczyć się na ich błędach i patrzmy długofalowo, brońmy się przed regulacjami, które są dla nas niekorzystne, dobrze liczmy koszty podpisywanych pakietów (np. zróbmy dokładną analizę darmowych i płatnych certyfikatów CO2 po 2020) i w dobry sposób budujmy własna gospodarkę. No chyba, że jak zwykle wolimy uczyć się na własnych błędach…
Trwa ładowanie komentarzy...